Przejdź do treści

„Młode wilki morskie” (1975-79)

Wiesław Cholewa

Moja przygoda z morzem, i dalsza praca zawodowa na statkach, jak pokazują pierwsze fotografie z przedszkola, była mocno zapisana w genach. Pierwsze zdjęcia z tego okresu, pokazują malucha trzymającego kurczowo w dłoniach model lotniskowca. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że więcej przyjemności daje praca we flocie handlowej, niż służba w marynarce wojennej.
Inny zapis w kodzie DNA, zwłaszcza w linii po ojcu, wskazywał, że jestem dziedzicznie obciążony tym zawodem. Ojciec również był wyrobnikiem morskim, i znaczna część męskiego rodu w mojej rodzinie jest, lub była związana zawodowo z morzem. Jako jedyny wykształciłem się na nawigatora, a pozostali krewniacy polubili konie mechaniczne, prądy stałe, zmienne i odwieczne poszukiwanie „zera”. Nie bez znaczenia była wypowiadana uwaga ojca, o tym jak na wachtę chodzi ubrany mechanik, a jak nawigator.
Kończąc szkołę podstawową, nie dokonałem jeszcze ostatecznego wyboru drogi, którą chciałbym podążać ku świetlanej przyszłości. Gdzieś kiedyś marzył mi się zawód chirurga, a może zawodowy wojskowy, ale w randze generała. Ostateczną decyzję podjąłem po wizycie w naszym domu, przyjaciółki mojej mamy, która wraz ze swym synem odwiedziła nas pewnego słonecznego dnia.
Z Mirkiem, w okresie niemowlęcym, na psotach i figlach w dziecinnym łóżeczku spędziliśmy nie jeden dzień. Badaliśmy wytrzymałość skorupy w surowych jajkach, które następnie zjadaliśmy. Poznawaliśmy smak kompotu ze śliwkami i pestkami, a także zmienialiśmy kolor skóry, przy pomocy czarnej pasty do butów. Nasze mamy nie mogły narzekać na brak zajęcia przy swoich urwisach.
Tego pamiętnego wiosennego dnia roku pańskiego 1975 Mirek wystąpił w mundurze marynarskim ucznia Liceum Morskiego, czym wzbudził moją ciekawość. Pytaniom nie było końca, co doprowadziło w ostateczności do szybkiego złożenia papierów do szkoły, która mieściła się przy Wałach Chrobrego na statku s/s „Kpt. Konstanty Maciejewicz”.
Konkurencja była duża. Szkoły o podobnym charakterze w Polsce tylko dwie, a chętnych z całego kraju kilku na jedno miejsce. Egzaminy wstępne obejmowały testy z języka polskiego, matematyki, psychologiczny i sprawnościowy, polegający na wejściu na maszt do wysokości marsa. Zabezpieczenie stanowił specjalny pas z linką asekuracyjną. Dla kilku kandydatów ten ostatni sprawdzian był zbyt trudny do wykonania. Często kończyli go w połowie drogi, lub do dobrnięciu do celu, nie mieli odwagi zejść na pokład.
Pomyślnie zdane egzaminy to pierwszy etap i przepustka do obozu kandydackiego, który mój trzeci rocznik odbył w Policach. Codzienne zajęcia w okresie prawie miesiąca to: wiosłowanie na szalupach typu DZ X, elementy musztry, roboty linowe, rozbiórka starego budynku, w miejsce którego powstał nowy internat, a obecnie mieści się tam Urząd Gminy Police. Czas mijał szybko i pracowicie dbali o to również instruktorzy, czyli starsi koledzy. Po przetrwaniu okresu kandydackiego, we wrześniu spotkaliśmy się już w szkole jako słuchacze pierwszego roku.
Modernizacja statku na stoczni „Gryfia” nie dobiegła do końca w terminie i przez pewien okres uczniowie mieszkający w Szczecinie na zajęcia dojeżdżali do Polic. Trzeba przyznać że nie wyglądaliśmy zbyt wyjściowo. Czarny beret, szary drelich, trzewiki robocze, dlatego przed wejściem na teren szkoły i po zajęciach, okoliczne bramy służyły nam jako przebieralnie w ubranie cywilne.

Bystre oko komendanta szkoły, który swym białym kabrioletem przemierzał policki rynek, wychwyciło nie jednego przebierańca, wyróżnionego później w rozkazie dziennym naganom, lub godzinkami do odpracowania w czasie wolnym. Po przeróbkach i modernizacji statek szkolny wrócił na swoje honorowe miejsce przy Wałach Chrobrego i nie ma co ukrywać był ich ozdobą i atrakcją turystyczną. Za nim w tle na Odrze stały zacumowane przy dalbach hulki starych transportowców, które swą pracę na morzu rozpoczynały w okresie drugiej wojny światowej. Wszystkie te jednostki tworzyły niepowtarzalną atmosferę. Bardzo często za rufą „Maciejewicza” cumowały statki typu „Sołdek” , popularne „bułgary”. Przed dziobem stałe miejsce postoju miały statki WSM „Łużyca”, „Azymut”, „Nawigator”. Dwa maleństwa należące do PŻB „Flora”, „Fauna”. Bardzo wcześnie poznaliśmy smak pełnienia nocnej wachty przy trapie na statkach handlowych. Marynarze z wymienionych wcześnie jednostek, za drobną opłatą zatrudniali nas w nocy na wachtach. Sami w tym czasie jako anonimowi przedstawiciele handlu zagranicznego podnosili wskaźniki ekonomiczne w naszym regionie. Kolejną jednostką pływającą, którą gościliśmy w Szczecinie była „Emilia Gierczak”, statek szkolny Zasadniczej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Świnoujściu. Nasi rówieśnicy bez entuzjazmu wychodzili do miasta ponieważ na powitanie czekał ich sprawdzian ze sprawności fizycznej, wyniki którego z góry były przesądzone.
Morskie przysposobienie sportowe i sport w naszej szkole dominowały, jak inaczej bezpiecznie rozładować energię, która rozsadzała prawie dwustu młodych ludzi zamkniętych na tak małej przestrzeni.
Dyrektor do spraw pedagogicznych dbał o to, aby stare drewniane szalupy były systematycznie testowane na Odrze. Czasami łamaliśmy wiosła, co na początku nie stanowiło dużego problemu, czas i warunki morskie znacznie osłabiły materiał z jakiego zostały wykonane. Szczęśliwiec , który tego dokonał mógł liczyć na urlop. Przesiadka na nowe szalupy, znacznie lżejsze, powodowała, że w czasie regat unosiły się prawie nad wodą i prowadziły nas do zwycięstwa.
Dodatkowo zajęcia w-f, a po godzinach lekcyjnych zajęcia w kołach sportowych- siatkówka, koszykówka, podnoszenie ciężarów. Do dzisiaj pamiętam testy motoryczne, mówiące o naszej kondycji i sprawności. Każdego roku mogliśmy porównać swoje wyniki sportowe z bliźniaczą szkoła w Gdyni.
Marzenie każdego ucznia, zwłaszcza zimą, to zajęcia na basenie. Plac Orła Białego z jego zabytkowym basenem, był miejscem, w którym po przepłynięciu tysiąca pięciuset metrów masowo zdobywaliśmy żółty czepek, a bardziej wytrwali uzyskiwali stopień młodszego ratownika WOPR.
Przy tej ilości młodych, obdarzonych dużą fantazją ludzi nie było dnia bez kawałów i dowcipów. Jeden właśnie związany z porannym wstawaniem na basen zafundowaliśmy naszemu koledze z kabiny.
Ćwiczenia na basenie rozpoczynały się o godzinie szóstej rano. Do obowiązków ucznia pełniącego służbę przy trapie, należało obudzenie grupy uczniów, którzy danego dnia mieli zajęcia na basenie. Zimą gdy dzień jest bardzo krótki, i trzeba wstać o piątej, w ciemnościach odbywał się ceremoniał wymarszu na basen.
Nasz kolega, który należał do permanentnych śpiochów, nie zauważył jak o pierwszej w nocy, po pościeleniu koji wymknęliśmy się z kabiny. Poprosiliśmy wachtowego, aby obudził śpiocha na zajęcia. Jednocześnie przestawił czas na zegarze trapowym na godzinę prawie szóstą. Przestraszony spóźnieniem pływak, bardzo szybko ubrał się w mundurek, spakował niezbędne akcesoria pływackie i prawie biegiem w mroźną noc zmierzał do celu.

Po przejściu około stu metrów w słusznym kierunku, po skrzypiącym od mrozu śniegu wołaniami wzywaliśmy go do powrotu. Przecierając ze zdziwienia zaspane oczy z komentarzem który nie nadaje się do publikacji, wracał do swojej ciepłej kabiny. Swoje umiejętności pływackie, zwłaszcza wieczorową porą doskonalił nasz szkolny klub płetwonurków. Korzystając z wywieszonego za burta sztormtrapu, testowali sprzęt do nurkowania oraz techniki w pływaniu na orientację.
Pewnego razu droga powrotu została odcięta. Porucznik, który tego dnia miał służbę wytropił śmiałków. Ustawił na brzegu przy rufie statku swoją pomarańczową „Zastawkę” i długimi światłami oświetlał powierzchnię wody i oczekiwał na pojawienie się „delfinków”. Akumulator powoli zaczął się rozładowywać, a pływacy inną drogą wrócili na statek. Ogłoszono alarm ewakuacyjny szkoły w poszukiwaniu sprawców. Pierwszymi podejrzanymi byli uczniowie z mokrymi włosami, ale okazało się, że właśnie brali kąpiel w statkowej łaźni i trzeba ich było zwolnić z podejrzeń. Trzeba wiedzieć, że pan porucznik miał przygotowanie prawnicze i dalej prowadził śledztwo. Doprowadziło go do magazynku klubu płetwonurków, do którego świadomie przez dłuższy czas różnymi sposobami utrudniano dostęp. Kurtyna opadła. Po komisyjnym otwarciu tego niedostępnego sezamu, dowody rzeczowe ociekające wodą wisiały na wieszakach, a osoby korzystające z tego sprzętu następnego dnia miały bardzo poważną rozmowę z dyrekcją szkoły.
O naszą kondycję fizyczną dbał również oficer dyżurny, który z wychowawcą internatu pełnił całodobowe dyżury.
Już na porannej zaprawie ćwiczyliśmy bieg angielskiej armii kolonialnej. Z łokciami trzymanymi przy tułowiu wysoko unosząc kolana biegliśmy w kierunku dworca morskiego. Granicę biegu wyznaczał przenośny kosz na śmiecie, który w drodze powrotnej wraz z nami przemieszczał się skracając dystans kolejnym biegaczom. Co bardziej zmęczeni sportowcy korzystali z komunikacji miejskiej i tramwajem wracali na statek, wzbudzając ciekawość pasażerów, którzy w porannym tłok jechali do pracy.
Kolejnym torem przeszkód, pokonywanym przez uczniów to schody na Wałach Chrobrego. Naszym sprzymierzeńcem przez pewien okres był drewniany płot, który zabezpieczał prace konserwacyjne przy pomniku. Pozwalał on schronić się grupie biegaczy i złapać drugi oddech, ale zostaliśmy zdekonspirowani, ponieważ liczba osób wbiegających przy pierwszym okrążeniu, nie zgadzała się z ilością po wracającą na dół. Średnio różnica ta wynosiła połowę grupy. Do perfekcji opanowaliśmy zmianę ubioru, z drelichów na mundury wyjściowe i szybkość przemieszczania się z dziobu na rufę w ramach przeprowadzanych zbiórek. Swoją sprawność fizyczną bywało, że sprawdzaliśmy z męską częścią mieszkańców Niebuszewa oraz gośćmi hotelu robotniczego. Wszystko to za sprawą bursy międzyszkolnej przy ulicy Zygmunta Starego, w której mieszkały nasze rówieśnice. Nie jedna zawarta tam znajomość trwała długi czas. Strefą zero był Park Żeromskiego, przejście przez tą enklawę zieleni samemu lub w mniejszej grupie, było nie lada wyczynem. Najlepiej było tu widać nasze przygotowanie sportowe, a życie okazało się najlepszym arbitrem i egzaminatorem. Podejrzewam, że kilka nieoficjalnych rekordów szkoły w bieganiu zostało tu pobitych. Te trudności nie były dla nas żadną przeszkodą w zdobywaniu niewieścich serc w okolicy. Wręcz przeciwnie, każda nowa zawarta znajomość traktowana był jak podwójne zwycięstwo. Należy tu wspomnieć, że w dobrych stosunkach byliśmy ze szkołami żeńskimi pielęgniarek, specjalistek od zbiorowego żywienia i ekonomistek. Organizowaliśmy w nowej auli dyskoteki. Było to duże wyzwanie dla kadry, aby upilnować tak dużą grupę młodzieży i utrzymać ją w jednym pomieszczeniu.

Wiosna zwabiała w okolice naszej szkoły liczne rzesze spragnionych wiosennego słońca koleżanek. My oczywiście w stadzie bardzo inteligentnie, demontując z łazienek lustra, puszczaliśmy do naszych wybranek świetlne sygnały, zachęcając do bliższego poznania. Indywidualnie byliśmy już bardziej uprzejmi, co zauważały nasze panie z sekretariatu, obiekty westchnień młodzieży i chyba części kadry. Każdy chętnie występował w roli gońca, aby tylko choć przez chwilę przebywać w tym magicznym pomieszczeniu. Energii na te wszystkie wyczyny dostarczało nam zdrowe i obfite jedzenie. Byliśmy chyba jedynym internatem w Szczecinie i okolicy o najwyższej dziennej stawce żywieniowej, a na początku działalności szkoły zaopatrzenie przyjeżdżało z „Baltony”. Na stołach jednak tego nie było widać. Tak doszło do pierwszego chyba w dziejach powojennego szkolnictwa, strajku głodowego. Szef szkoły zebrał ze wszystkich plutonów kartki żywnościowe, które upoważniały do odbioru posiłku w kuchennym okienku. Z burczącymi z głodu brzuchami ruszyliśmy na zajęcia. Szef kuchni, panie kucharki i ochmistrz, z pewnym zdenerwowaniem, ale niezwykle uprzejmie, zapraszali nas na pierwsze i drugie śniadanie. Później gorące zaproszenia na obiad, my uparcie trwaliśmy przy swoim. Najważniejsze wydarzenie tego dnia to apel szkoły. Na znak protestu wszyscy mieli podwinięte lewe nogawki spodni do wysokości kolana. Komendant szkoły wzywał do poprawnego i regulaminowego zachowania, ale my w strachu nie zmienialiśmy postanowienia. Później w trybie pilnym odwiedziła nas komisja z PŻM i w dziale gastronomicznym doszło do zmian kadrowych. Pod swoje skrzydła wzięła nas firma „Społem”. Zawsze pełniąc służbę przy trapie, ciekawiło nas co panie pracujące w kuchni, które rano do pracy przychodzą z jedną małą torebką, wieczorem wychodzą objuczone tobołkami, jak żony arabskiego handlarza.
Dzięki pomocy oficera służbowego, przeprowadzone wyrywkowe kontrole wykazały, że w tajemniczo wyglądających siatkach pokład szkolnej kuchni opuszczało pieczywko, masełko, kości przy których odrósł spory kawałek schabu. Jakość posiłków nie uległa specjalnie poprawie, było trochę więcej, ale najbardziej z tego były zadowolone okoliczne mewy, które z zegarkiem w ręku wiedziały jaki mamy rozkład posiłków. Nakrycia w naszych mesach również ulegały częstym zmianom, a jeszcze częściej brakowało kompletów. Powód, wielu z nas myślało, że im więcej wody tym naczynia będą lepiej umyte i przypadkowo wypadały one za burtę do głównej zmywarki. Dzisiaj po trzydziestu latach naczynia te można uznać za zabytkowe i może staną się atrakcją dla płetwonurków. Życie towarzyskie kwitło również w trzeciej ładowni, gdzie do codziennych obowiązków należało obieranie ziemniaków w ilości dwóch potężnych garów, które z trudem trzeba było transportować do kuchni. Nadzór nad nami sprawował bardzo wścibski instruktor od warsztatów i często dochodziło do ciekawych, śmiesznych sytuacji, łapanek na ucznia, który zbyt głośno wyrażał swoje opinie na temat skradającego się za rogiem nadzorcy.
W dużym skrócie część sytuacji i wydarzeń z życia codziennego została opisana, a gdzie w tym wszystkim czas na naukę. Plan lekcji mieliśmy zawsze opracowany do perfekcji, nie było czasu na nudę. Nauka własna po zajęciach odbywała się w salach wykładowych, tylko nieliczni wybrańcy mogli dokształcać się w kabinach. Grono pedagogiczne wymagające, ale do kilku przedmiotów nie mieliśmy szczęścia, ze względu na częste zmiany wykładowców. Dominowały język angielski, fizyka, przysposobienie obronne.
Świadomie nie wymieniam nazwisk ponieważ każdy przedstawiciel kadry to osobny rozdział i żeby o każdym sprawiedliwie napisać chociaż kilka słów i nie pominąć nikogo powstać by musiało małe opracowanie encyklopedyczne. Może jeszcze kiedyś dłuższe pióro pozwoli napisać więcej i pozostanie trwalszy ślad po tak szacownej i niepowtarzalnej szkole. Nauki było bardzo dużo, oprócz przedmiotów ogólnokształcących, trzeba było jeszcze wchłonąć wiedzę zawodowa. Każdy z wykładowców miał swój sprawdzony styl pracy dydaktycznej.

Każdego ranka przed apelem porannym i podniesieniem bandery bacznie obserwowaliśmy, który z profesorów jest już w szkole. Pomagała nam w tym znajomość marek samochodów jakimi się poruszali, chociaż pensje z ministerstwa szkolnictwa nie były rewelacyjne. Najbardziej efektowne wejście miał dyrektor szkoły, który każdego ranka schodził ze schodów niczym w paryskiej rewii, przez te wszystkie lata ustanowił światowy rekord. Obserwując poranną frekwencję ciała pedagogicznego, obstawialiśmy jakich przedmiotów w dniu dzisiejszym może nie być.
Jeden z pierwszych wykładowców fizyki i rysunku technicznego, z doświadczeniem bokserskim, gdy uczeń miał uwagi co do wystawionej oceny, zapraszał delikwenta do czwartej ładowni na sparing. Dawał tym sposobem możliwość poprawienia oceny, nie przypominam sobie jednak, aby ktoś podjął rękawicę.
Ruletka na wykładach BHP i OUN również wprowadzała dreszczyk emocji. Materiał musiał być wykuty na blachę, łącznie z interpunkcją.
Na matematyce szczególnie byli wyróżniani mieszkańcy Pyrzyc i okolic, a znajomość podręcznika należało mieć opanowaną do perfekcji, tak aby potrzebny wzór lub twierdzenie odnaleźć według wskazówek – strona czwarta szósty wers od góry.
Kapitan marynarki wojennej, wykładowca przysposobienia obronnego na każdych zajęciach stosował sprawdziany zwane z przyjaznego nam języka „letuczkami” i ten przydomek związał się z nim na stałe.
Wszystkie twarde, trudne charaktery, po przez literaturę piękną i poezję, starała się wprowadzić w bardziej romantyczny świat pani od polskiego. Próbowaliśmy nawet swych literackich umiejętności w szkolnym piśmie „Trap”.
Gdy ktoś chciał wypłakać się, zwierzyć lub opowiedzieć o swych sercowych dramatach biegł do pani od historii.
Zajęcia z języka angielskiego, zwłaszcza na ostatnim roku, nie cieszyły się dużą frekwencją. Pani, która próbowała nauczyć nas najlepszego brytyjskiego akcentu, nie była zorientowana w zawiłościach morskiego nazewnictwa. Wszyscy pełniący służby mieli nieobecności usprawiedliwione. Wymyślaliśmy nowe obowiązki, aby tylko mieć więcej wolnego czasu, były to służba w szpigacie lub zamiatanie kilwateru.
Słaba frekwencja została szybko poprawiona przez dyrekcję i lekcje angielskie cieszyły się większym zainteresowaniem.
Nad praktyczną nauką zawodu czuwała grupa bosmanów, motorzystów i mechaników oraz instruktorów warsztatów.
Działanie i pracę na różnego typu maszynach poznawaliśmy w gościnnych warsztatach Technikum Mechaniczno-Energetycznego. Nie obce nam było spawanie, obróbka skrawaniem, prace stolarskie i w kuźni. Na statku w warsztacie szkutniczym budowaliśmy małe jachty zwane „kaczuszkami”, były również warsztaty modelarskie i metaloplastyki. I tak z niecierpliwością przygotowywaliśmy się do odbycia praktyki na statkach PŻM typu „Kolejarz”.

W latach 1977-78 wraz z kolegami spędziliśmy dwanaście miesięcy na statku „Hutnik”. Opiekę nad nami sprawowało dwóch szacownych profesorów ze Stargardu Szczecińskiego. Dla wykładowcy matematyki i fizyki, był to pierwszy kontakt z szerokim morzem i próbowaliśmy to bezwzględnie wykorzystać. Było nas niewiele ponad dwudziestu, dodatkowo czterdziestu członków załogi, czasami podróżowali z nami pasażerowie. Pod względem turystycznym linia była dosyć atrakcyjna. Odwiedzaliśmy Grecję, Maroko, Norwegię i północne rejony dawnego ZSRR, a dokładnie port Murmańsk. Systematycznie zawijaliśmy do portów krajowych, częściej jednak do Gdańska niż Szczecina, a miało to związek z przewozem siarki, która była naszym wiodącym i ulubionym ładunkiem. Oprócz zajęć dydaktycznych dzielnie pracowaliśmy wraz z załogą, poznając tajniki marynarskiego zawodu. Przechodziliśmy przez poszczególne działy pokład, maszyna, hotel, a w czasie wolnym słuchaliśmy opowieści o łuku, bumerangu i astrolabium.
Dzięki organizowanym quizom tematycznym, poznawaliśmy kulturę, tradycję, historię państw, które kilkakrotnie mieliśmy okazję odwiedzić.
W Murmańsku nawiązaliśmy bliskie kontakty z tamtejszą szkołą morską. Rozegraliśmy mecz piłki nożnej na, powiedzmy to boisku, którego nawierzchnię stanowiły fundamenty wyburzonych budynków. Braki kondycyjne dawały znać o sobie i wynik był niekorzystny dla nas. W rewanżu chcieliśmy zaprosić naszych kolegów do „Interklubu”, ale był on niestety tylko dla gości zagranicznych. Dlatego przenieśliśmy się do innego lokalu i wprowadzaliśmy w życie naszych radzieckich rówieśników.
Honor biało-czerwonej i naszej szkoły został obroniony przez profesora od języka polskiego. Rozegrał pokazowy mecz w tenisa stołowego z mistrzynią okręgu. W Murmańsku poznaliśmy tajniki pracy przedstawicieli urzędu celnego, gdzie rewizje osobiste były na porządku dziennym. Jednak pomimo tych kontroli wymiana handlowa rozwijała się i wyroby dżinsowe wyprodukowane w Szczecinie, oraz produkty prywatnych wytwórców znajdywały nabywców od ręki.
Pierwsze kroki w działalności handlowej poznawaliśmy dzięki załodze, która nas wykorzystywała, ale później przeszliśmy już na własny rachunek i byliśmy solidną konkurencją. W tamtych ciekawych czasach różnice ekonomiczne i nie tylko, pomiędzy Krajami były znaczne, dlatego nie narzekaliśmy na brak zatrudnienia. Przy naszych skromnych oficjalnych zarobkach ćwierć dolara dziennie każdy dodatkowy grosz miał duże znaczenie. W krajach arabskich handel miał szczególny charakter. Podstawa i główna przyjemność to targowanie się ocenę, także próba oszukania przez lokalnych handlarzy niewiernych przybyszów, za których nas uważali i często stawiali to sobie za punkt honoru. Trafiła jednak kosa na kamień.
Dzięki praktykom na warsztatach, zdolności manualne mieliśmy bardzo dobrze rozwinięte. Pomagałem koledze z dwóch zepsutych aparatów fotograficznych stworzyć jeden nowy unikalny model. Wszystkie mechanizmy funkcjonowały, miał jednak jedną wadę nie robił zdjęć. Udało nam się z nim wyjść do miasta i natychmiast zostaliśmy oblężeni przez grupę kupców. Po oddaleniu się na bezpieczną odległość od bram portu rozpoczęliśmy negocjacje handlowe z najbardziej wytrwałym klientem. Aparat bardzo się podobał, kupiec chciał go jednak sprawdzić w zakładzie fotograficznym. Włos nam się lekko zjeżył na głowie, ale kamienna twarz i nerwy opanowane. Oględziny wypadły pomyślnie, byliśmy dumni z siebie, czas więc na najprzyjemniejszą chwilę, rozliczenie finansowe. Kwota była dla nas bardzo zadowalająca i po transakcji szybkim krokiem oddaliliśmy się na statek. Kolejne dwa dni do wyjścia w morze musieliśmy jednak spędzić na statku, gdyż nasz kupiec czekał cierpliwie na bramie chcąc dokonać zwrotu wadliwego towaru. Nie miał jednak dowodu zakupu i karty gwarancyjnej.

W każdym porcie staraliśmy się kupić jakąś pamiątkę, arabską ceramikę, wyroby z drewna czy chociaż widokówkę.
Święta Bożego Narodzenia zastały nas na Morzu Śródziemnym. Dla wszystkich praktykantów pierwsze poza rodzinnym domem i w upalnej scenerii. Mesa została przez nas bardzo ładnie udekorowana, jeden z kolegów wyrzeźbił małą szopkę, był nastrojowy kominek, antyczne amfory, nie zabrakło również świątecznej zieleni. Zdobyliśmy ją Salonikach. Śródziemnomorskie sosny, które rosły sobie na nadmorskim deptaku pewnej nocy straciły kilka gałązek. Wspólnie z załogą przy suto zastawionych stołach spędziliśmy święta, a później sylwestra.
Życie praktykanta nie było łatwe, czas płynął szybko, dużo chłonęliśmy wiedzy, i nie byli byśmy sobą bez dowcipów i kawałów .
Naszym oczkiem w głowie była kuchnia, która na śniadanie nie chciała nam przygotować jajecznic na życzenie, sadzonych, z boczkiem czy omletów według indywidualnych zamówień. Serwowała tylko czystą popularną jajówkę z czterdziestu jaj na dużej patelni i dla każdego odpowiednia porcja.
W rewanżu przez popularną „szprechrurę” służącą do komunikacji pomiędzy kuchnią a pentrą, wężykiem puszczaliśmy wodę, która zalewała częściowo przygotowane potrawy. Pewnego sądnego dnia obaj kucharze urządzili zasadzkę na dowcipnisiów i przez tydzień do połysku, czyścili wykonany z blachy nierdzewnej piec piekarniczy i kocioł do gotowania zupy. Dodatkowa kara dla wszystkich to zmniejszone porcje nocne. Nasi gastronomicy nocne porcje dla załogi wysyłali windą barową, która przechodziła przez naszą pentrę. W odpowiednim momencie winda była przechwytywana i częściowo pozbawiana ciężaru, który niosła na sobie i przekazywana na górne piętro do oczekującej załogi. Zniecierpliwieni załoganci nie szczędzili wrogich komentarzy pod adresem kucharza, co do ilości otrzymanych potraw.
Kolejne święta to Wielkanoc. Nie miały już tak uroczystej oprawy, ale lany poniedziałek, był naprawdę bardzo mokry. Podstawowy sprzęt jaki był w użyciu, to węże pożarowe, które pierwszą próbę przeszły na pokładzie. Później lanie wody przeniosło się do kabin. Każdy kto miał otwarty bulaj mógł się spodziewać, że ten sympatyczny wąż zajrzy do jego kabiny. Ubrani tylko w spodenki z wiadrami pełnymi wody, ganialiśmy się po korytarzach. Dziesiątki litrów wody dokładnie płukało każdą wolną przestrzeń. Sprzątanie i suszenie trwało kilka dni.
Pogody generalnie nam dopisywały i pierwszy sztorm staraliśmy się uwiecznić na zdjęciach. Przez uchylone drzwi, śmiałkowie wystawiali obiektywy aparatów, ale fale często były szybsze od fotografa, wpadały na korytarz i robiły niezłe zamieszanie. Naszym statkowym barometrem był kolega, który dokładnie przy stanie morza cztery i powyżej chciał oddawać hołd Neptunowi. Na zajęciach starał się trzymać dzielnie, ale wcześniej zjedzony posiłek, chciał ujrzeć światło dzienne. Długo walczył ze sobą, nagle wybiegał na korytarz, później było już tylko kilka metrów jego powierzchni do sprzątania. Okazało się, że łazienka była po za jego zasięgiem.
Przez dwanaście miesięcy pobytu na statku, bardzo dokładnie poznaliśmy prace i obowiązki załogi w poszczególnych działach. Przeszliśmy pomyślnie sprawdzian w sterowaniu statkiem we fiordach norweskich, obsługę sprężarek, wirówek, kotła parowego. Tutaj też poznaliśmy smak siarki oraz uroki ręcznego trymowania ładunku, gdy trzeba było odkopać w częściowo już załadowanej ładowni, właz do zbiornika paliwa ciężkiego, przez który przedostawało się ono do ładunku.
Spotykaliśmy się z dużą życzliwością ze strony załogi, która cierpliwie formowała z nas przyszłych marynarzy . Dzięki tak zaplanowanemu programowi nauczania, absolwenci zostali bardzo dobrze przygotowani do pracy na morzu.

Po powrocie z praktyk w zmniejszonym o dwie osoby gronie, które wysiadły w Grecji, rozpoczęliśmy ostatni rok nauki i przygotowania do matury.
Był również czas na jesienne wyjazdy na wykopki ziemniaków, pamiętną w latach 1978/79 akcję zima, w której dzielnie wspieraliśmy miejskie służby drogowe i odśnieżaliśmy ulice w okolicach naszej szkoły.
W klasach ósmych szkół podstawowych prowadziliśmy pogadanki i reklamowaliśmy nasze liceum, aby tylko jak najlepsi trafiali na pokład „Maciejewicza”.
Huczna studniówka odbyła się w „Domu Marynarza”. Swą obecnością zaszczycił nas dyrektor PŻM, który w krótkim przemówieniu nie zdążył wypowiedzieć wszystkich życzeń skierowanych do słuchaczy ponieważ salwa korków od szampana, w nieelegancki sposób przerwała naszemu sponsorowi i późniejszemu pracodawcy.
Temperatura przed egzaminem maturalnym wzrastała. Ostatnia noc to giełda „pewnych” tematów maturalnych, wzmożone kontakty i wymiana informacji z rówieśnikami z innych szkół. Mobilizowało to jednak do zajrzenia jeszcze ostatni raz, do książki i przerobienia w ekspresowym tempie czterech lat nauki. W tym też okresie, w dniu przerwy pomiędzy egzaminami pisemnymi z matematyki i polskiego poznałem wybrankę mojego dalszego, rodzinnego życia.
Po zdanych egzaminach maturalnych, o których rozpisują się szkolne kroniki i statystyki, niestety bez balu maturalnego rozjechaliśmy się do domów.
Dalsze losy dla wielu z nas były podobne, nauka na uczelniach wyższych, praca, wojsko. Wielu wybrało życie w innych krajach, pracę na lądzie, lub dalej przemierza morza i oceany pod różnymi banderami u wielu armatorów, pełniąc obowiązki od marynarza, motorzysty, mechanika, nawigatora, aż po zaszczytny tytuł kapitana żeglugi wielkiej. Są wśród nas prezesi, dyrektorzy, prywatni przedsiębiorcy i chyba każdemu w jakiś sposób, pobyt, nauka w tej szkole pomogły w dalszym zawodowym życiu 28-go czerwca 2003 roku w trzydziestą rocznicę powstania szkoły będzie okazja o tym porozmawiać.
Ze smutkiem i łezką w oku żegnaliśmy nasz statek, który został odholowany do Szwecji. Szkoda, że w ostatnią podróż nie mógł uruchomić swego „serca”, wypieszczonej maszyny parowej, w której na zdezelowanym fotelu pełniliśmy wachty w kotłowni, kontrolując ciśnienie pary w wielkim kotle. Swoistego uroku dodawał odgłos pracującej miarowo, pompy parowej wody słodkiej, która zasilała system sanitarny statku. Nie jeden student wydziału mechanicznego po raz pierwszy i być może ostatni miał okazję zobaczyć tak dużą maszynę parowo-tłokową. System parowy ogrzewał nasze kabiny i cały statek, odgłos strzelających rurociągów, przecieki wody lub pary, brak możliwości dokładnej regulacji temperatury, powodowały, że często w kabinach mieliśmy saunę.
Po latach wspomnienia odżywają i okres nauki w liceum, które bardzo fachowo przygotowało nas do pracy na morzu nie był czasem straconym. Szkoda, że dzisiaj nie ma szkoły o podobnym charakterze, chociaż dwu letniej przygotowującej maturzystów do zawodu. Zapotrzebowanie na fachowców jest nadal i to na całym świecie.
Do dzisiaj kapitanowie wspominają absolwentów, z którymi w pracy zawodowej mieli okazję się zetknąć. Były indywidualności i trudne charaktery, ale każdy z nas, znał swoje obowiązki i rzetelnie je wypełniał. Dzisiaj brakuje tego tak ważnego w pracy na morzu ogniwa.

Nie czekajmy kolejnych trzydziestu lat aby się zobaczyć. Częściej spotykajmy się rocznikami, a może co pięć lat całą szkołą.
Tego sobie, a także wszystkim związanym z Liceum Morskim życzy autor, który w tempie ekspresowym spisywał te słowa na Pacyfiku w drodze z Panamy do Japonii.

Luty 2003.

góra